sobota, 22 kwietnia 2017

Ciąg dalszy nastąpił

   Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że blog doczeka się kontynuacji podczas XL Wyprawy Polarnej Instytutu Geofizyki PAN!
    Tak, tak moi drodzy - znowu się udało :) Jesteśmy już po pierwszym szkoleniu, a kolejne zbliża się wielkimi krokami. Niby to samo, a zupełnie inaczej. Inni ludzie, inna atmosfera, ale emocje związane z wyjazdem - na szczęście te same. Teraz wyjeżdżam już  z pełną świadomością tego co mnie czeka i odrobinę zazdroszczę innym, którzy jadą po raz pierwszy i "tamten świat" ich tak ogromnie zadziwi. Drugi wyjazd to trochę tak jak drugie podejście do morsowania - mózg podpowiada co będzie dalej i czuje się znacznie większy respekt do tego co nastanie.
   Przed nami szkolenie w Gdyni, a potem chyba jeden z gorszych momentów - pakowanie i pożegnanie bliskich na długie 12 miesięcy.
   Co przyniesie magiczna 40-stka? Zobaczymy...
 

niedziela, 5 czerwca 2016

Tym razem nie o Arktyce, ale też o północy

Dwa konie, dziesięć tysięcy kilometrów, jeden człowiek. Kristian Bergier – trzydziestojednoletni Szwed, polskiego pochodzenia jedzie konno z Augustowa do Jerozolimy. Na nocleg zatrzymał się w Zakopanem, w Chacie Biegacza K34 – miejscu zupełnie niezwiązanym z końmi, w którym gospodarz – Witold Dubowiecki – przyjął pielgrzyma 
w swoje progi.

Pierwsze pytanie, jakie nasuwa się chyba każdemu, to: dlaczego wyruszyłeś w podróż?

- Od wielu lat chciałem odbyć tą pielgrzymkę. Nigdy nie miałem nic wspólnego z końmi, ale opowieści dziadka o konnych tradycjach Polaków zapadły mi głęboko w pamięci. Mój cel, to iść za myślą, a myśl potrafi być bardzo silna.

Kiedy wyjeżdżałeś – żegnała Cię żona i ośmiomiesięczny syn. Jak pogodziliście życie rodzinne z Twoją podróżą, której – jak mówisz – Jerozolima jest być może tylko pierwszym etapem?

- Moja żona jest bardzo wyrozumiała. Wiedziała, że od lat planowałem ta podróż, wspierała mnie. Mój wyjazd opóźnił się o kilka miesięcy, kiedy okazało się, że jest w ciąży. Bardzo się z tego cieszyliśmy oboje, to mój pierwszy syn i idę także podziękować za niego Bogu.

Jeśli mówimy o kwestiach wiary – jak bardzo wierzącą jesteś osobą?

- Z moją wiarą bywało różnie. Mając rodziców z Polski byłem wychowywany w duchu katolickim. Dorastałem w Szwecji, a tam moimi najlepszymi kolegami byli Muzułmanie. Interesowałem się wieloma religiami, poznawałem je i doszedłem do wniosku, że jednak najbardziej przemawiająca do mnie jest ciągle wiara katolicka. Podczas mojej pielgrzymki utwierdzam się w tym przekonaniu, może stanę się ortodoksyjnym katolikiem. Ale nadal szukam odpowiedzi, potwierdzenia mojej wiary. Mam nadzieję, że gdy dojadę do Jerozolimy – będę je już wszystkie znał, miał pewność.

Przejdźmy do koni – nie mając z nimi wcześniej nic wspólnego – nie bałeś się takiej podróży?

- Oczywiście, że miałem wiele obaw. Przez kilka miesięcy przebywałem w różnych stadninach, pod okiem wielu trenerów. Uczyłem się nie tylko jazdy, ale też pielęgnacji koni, kowalstwa, elementów weterynarii. W tak długiej podróży muszę sobie radzić często sam, gdyż nie każdego dnia docieram do ludzkich osad.

Racja, przecież konie mają delikatny układ pokarmowy, a Ty nie zawsze będziesz w stanie dostarczyć im paszę najwyższej jakości.

- Staram się mieć zawsze ze sobą owies. Często w bardzo gościnnej Polsce, której granice niebawem opuszczę, dostaję od gospodarzy owies, siano czy inne przysmaki. Teraz jest łatwiej, bo jest świeża, soczysta trawa, którą moje konie mogą skubać w każdej chwili. Nie wiem, co będzie dalej na południe.

A jak radzisz sobie z dolegliwościami koni?

- Na razie nie było żadnych poważniejszych problemów, chociaż musiałem niedawno zmienić jednego z koni. Klacz Amanda, która była ze mną od początku – kulała. Żaden weterynarz nie potrafił powiedzieć, co jej jest. Każdy mówił tylko, na co nie jest chora i brał za to pieniądze. Zmuszony byłem ją sprzedać po drodze żeby nie obciążać jej dalszą podróżą. Jeden z koni niesie mnie, drugi bagaże. I co kilka dni – zmiana. To jednak wysiłek dla konia, mimo, że idziemy bardzo wolno. Teraz jadę na dwóch koniach – dwunastoletnim Korcie i czternastoletnim Jaworze. To duże i silne konie. Mam nadzieję, że dotrwamy razem do kresu podróży.

Kres podróży – gdzie on jest w Twoim przypadku?

- Jerozolima jest pierwszym etapem. Jeśli wszystko pójdzie dobrze – dotrę tam za 8 – 10 miesięcy, może rok. Później myślałem o podróży po zachodniej Afryce. Chciałbym w międzyczasie napisać pracę magisterską o zasobach wodnych w różnych krajach. Moja uczelnia stworzyła pewien algorytm i przy jego użyciu ma powstać moja praca. Natomiast, jeśli zdarzy się coś, że zadzwoni moja żona i powie, że mam wracać – sprzedaję konie, lub staram się je przetransportować do mojego kraju, wsiadam w pierwszy samolot i kończę podróż. Mam jednak nadzieję, że nic takiego się nie wydarzy.

Żona – jak ona sobie radzi?

- Żonę Viktorię i syna Vigorasa zostawiłem zabezpieczonych finansowo. Rozmawiamy codziennie, jeśli tylko zasięg telefonu na to pozwala. Jeśli trafiam do jakiegoś miejsca, gdzie jest internet – rozmawiamy przez Skypa. Ciężko było się rozstać, ale wiem, że za jakiś czas znowu się spotkamy. Może gdzieś na trasie.

Dlaczego wyruszyłeś akurat z Augustowa?

- Tam kupiłem konie. Doradziła mi to rodzina z Warszawy. Pojechaliśmy do rolnika i były to pierwsze konie, które do nas podeszły. Wiedziałem, że to będą moje konie. Dobrze się stało, że ruszyłem mając do przejechania całą Polskę. Jestem w podróży już trzeci miesiąc i przez ten czas miałem okazje poznać bardziej konie, w tym gościnnym kraju zawsze też mogłem liczyć na ewentualną pomoc. Gdybym kupił konie na przykład na Podhalu, to za dwa czy trzy dni – byłbym już poza granicami Polski.

Czy miałeś jakieś trudne sytuacje, które Cię wystraszyły?

- śmiech – Raz wystraszyłem się bardzo, kiedy o zmierzchu doszedłem do klasztoru o. Paulinów w Częstochowie. Podchodzę, jest już prawie ciemno a w moją stronę suną w ciszy białe postacie. Sam się z tego teraz śmieję, ale wtedy naprawdę się wystraszyłem.

Jak wygląda Twój bagaż? Co ze sobą zabrałeś?

- Starałem się oczywiście zabrać wszystko, co będzie potrzebne, ale tez jak najmniej żeby nie obciążać koni zbędnymi rzeczami. Jak każdy podróżujący mam mapy, śpiwór, namiot, karimatę i kompas. GPS zgubiłem dość szybko i teraz jadę tylko korzystając z mapy i kompasu oraz słuchając ludzkich głosów. Zgubiłem też nóż, którym w razie zaplątania się konia w jakieś sznury czy inne niebezpieczne rzeczy – mogłem go szybko uwolnić. Muszę szybko kupić podobny. Oczywiście mam ze sobą odzież przeciwdeszczową, sporo ciepłych rzeczy. Zestaw do podkuwania koni, maści i żele na różne końskie dolegliwości, szczotki, owies i wiele innych potrzebnych rzeczy. Oczywiście także niewielki aparat fotograficzny, dwie komórki i różowy tablet mojej żony. Sporo różnych innych rzeczy także, ale nie sposób wszystkiego wymienić. Za każdym razem zatrzymując się na nocleg musze wszystko zdjąć z koni i bezpiecznie ustawić, a rano znów założyć. I tak każdego dnia.

Skąd wziąłeś pieniądze na zakup koni, potrzebnego sprzętu i całą podróż?

- Środki na zakup koni, sprzętu i całą pielgrzymkę zdobywałem pracując długo i wytrwale, gromadziłem oszczędności. Pieniędzy prawdopodobnie nie wystarczy mi na całą podróż i będę po drodze podejmował pracę.

Nie boisz się dalszej podróży?

- Obawiam się – a kto by się nie obawiał. Jutro (15.05.2016), prawdopodobnie opuszczę granice Polski. Im dalej – tym ciężej będzie mi się porozumiewać. To już nie będzie Polska i język, który znam. Potrafię też posługiwać się szwedzkim, angielskim, dogadam się po hiszpańsku. Bardzo bym chciał nauczyć się arabskiego.

Czego można życzyć pielgrzymowi udającemu się w tak daleką podróż, tak nietypowym dziś środkiem transportu?

- Zdrowych koni – to na pewno. Spotykania dobrych i życzliwych ludzi i takich chwil, które wniosą coś do mojego życia, pomogą znaleźć mi drogę.
Kristian pakuje swoje juki, wszystko owija szczelnie przeciwdeszczową płachta i dobrze związuje żeby niczego już nie gubić. Pytam: skąd nauczyłeś się tak fachowo to wszystko wiązać?
- Z internetu oczywiście!
W deszczowe przedpołudnie odprowadzam Kristiana do Drogi pod Reglami. Wcześniej wymieniamy adresy, numery telefonów. Jak mówi – są ludzie na jego trasie, z którymi nie chce tracić kontaktu. Choćby kartka wysłana na święta. Ma specjalny wodoodporny notes, w którym po przejechaniu całej Polski – zgromadził już kilka adresów.
 Dziś chce dotrzeć do Łysej Polany, a może kawałek dalej. Nie spieszy się. Dla niego – jak mówi – nie liczy się czas, pośpiech tylko cel. Żegnamy się u wlotu Doliny Za Bramką. Życzę mu wszystkiego, co najlepsze i jeszcze przez chwilę patrzę jak prowadzać swoje konie oddala się ścieżką uśmiechając się do kolejnego pięknego dnia podróży. Ciężkiego dnia, ale jak sam mów – każdy dzień, to nowe miejsca, piękne miejsca, nowe doświadczenia, ciekawi ludzie i wiara w to, że Pan Bóg ciągle prowadzi go we właściwą stronę. Idę za myślą – mówi – i uśmiecha się machając mi ostatni raz na pożegnanie.
















środa, 2 grudnia 2015

Kubek testowy

Kubka (model kubka, który dostałam ), używam od ponad pół roku. Jego pierwsze użycie miało miejsce daleko na północy, a konkretnie na Spitsbergenie. Temperatura otoczenia jak przystało na Arktykę – nie była zbyt przyjazna. Na zewnątrz -16 stopni i wiatr 10 m/s. Do kubka wlałam gorącą herbatę i ruszyłam w teren. Kubek zapakowany był w foliową reklamówkę i włożony do plecaka. Od zewnętrznych warunków chroniła go jedynie cienka warstwa tkaniny plecaka. Po godzinie herbata była nadal gorąca. Po kolejnych trzech godzinach temperatura napoju spadła już dość znacznie.
               Przy kolejnej okazji i podobnych warunkach atmosferycznych kubek wraz z gorącym napojem został owinięty w plecaku bluzą polarową i po 3 godzinach przebywania na zewnątrz herbata miała temperaturę 46 stopni (zmierzone termometrem zabranym specjalnie w tym celu). Po 7 godzinach herbata była letnia.
               W warunkach zimowych zdał egzamin na ocenę 4+.
               Obecnie przez całą jesień używałam kubka na wszelkich wyjazdach. W temperaturze +15-20 stopni – przez ponad 4 godziny mogłam cieszyć się ciepłym napojem. Latem całkiem dobrze utrzymuje również temperaturę zimnych napoi.
               Czas utrzymywania temperatury napoju zależy od warunków zewnętrznych. Oczywistym jest, że wystawienie gorącej herbatki w kubku termicznym na duży mróz znacznie szybciej zmieni jej temperaturę niż zabranie napoju ze sobą do auta. W temperaturze pokojowej (pod warunkiem, że ktoś nie mieszka  w jamie wykopanej w śniegu, którą uważa za pokój), utrzymywanie ciepła płynów wlanych do kubka jest zgodne z normami podawanymi na stronie (www.termokubki.com.pl) przez dystrybutora.
               Zalety:
- długo utrzymuje ciepło, a także zimno
- nigdzie nie kapie – dobrze trzyma wieczko jak i zamknięcie
- wygodny w użyciu
- doskonale sprawdza się na krótkich wycieczkach zamiast termosu
- wygodnie się trzyma
- łatwo się myje i nie łapie zapachów
- nie szkodzi mu mycie w zmywarce

               Wady:
- wieczko jest najsłabszym termicznym elementem
- niezbyt wygodny w użyciu w rękawiczkach – wyślizguje się

- początkowo dość ciężko go otworzyć 
- ciepło ucieka również przez srebrny element w górnej części kubka

   Poniżej kilka zdjęć z weekendowej wycieczki w Tatry:




   Firma ma w ofercie oczywiście różne inne kubki termiczne, a jak dobrze poszukacie na stronie, to może trafi się rabat... ;)

sobota, 26 września 2015

Odnaleźć się w rzeczywistości

   Powrót ze Stacji nie jest  łatwy. Kiedy wraca się "na stare śmieci", to na pewno jest łatwiej. Ale kiedy trzeba zaczynać wiele rzeczy od początku, to jest wesoło. Tak czy inaczej - odrobina kiełkującej wiosną tęsknoty za drzewami, jeziorami, widokami - dała o sobie mocno znać po powrocie. I tak celem aklimatyzacji udałam się do Krainy Wielkich Jezior Mazurskich i innych cudnych miejsc w Polsce. Ludzie, samochody, uśmiechanie się do półki z płynami do płukania w sklepie (bo są i można je kupić, a na Stacji skończył się w lutym). Zablokowanie sobie karty do bankomatu, pilnowanie żeby nie wyjść ze sklepu z zakupami bez płacenia i coś najbardziej dziwnego - zrobiłam ciasto i nie dość, że po wyjęciu go z piekarnika nie pojawił się nikt, to w dodatku spleśniało w oczekiwaniu na zjedzenie. Cóż - to już nie dziesięć osób w jednym miejscu...
   A co do widoków, to muszę przyznać - u nas też jest ładnie!

Mikołajki


Wilkasy




Ekomarina Giżycko







Ryn







Gdzieś na Bełdanach



Sapina







Gdyby ktoś miał wątpliwości